7 maja 2009

Praktyki studenckie czy obóz pracy?

Studiuję konserwację dzieł sztuki. Zapadam się.

Mam wrażenie, że mnie wciąga grząskie bagno.


* * * * * 

Piszę jedną ręką, karmiąc. 

Piszę po kawałku, dlatego wstawiam gwiazdki.

Zwykle było tak: studentka, student szukał sobie ciekawych praktyk, wypełniał w ich trakcie dzienniczek konserwatorski i na tej podstawie dostawał zaliczenie. Często praktyki były u wykładowców z uczelni, odbywane poza uczelnią. Poziom merytoryczny więc był nie do zakwestionowania. Wszyscy byli szczęśliwi. Studenci mogli swobodnie rozwijać swoje zainteresowania. Mozaiki w Afryce? wykopaliska w Grecji? kościół we Lwowie? lipiec? wrzesień? - proszę bardzo. Mogli zarobić, i co równie ważne: praktyki były odbywane u boku dobrych, aktywnych zawodowo fachowców. W tym roku wszystko jest narzucone: termin, miejsce, poziom praktyk będzie średni, a za swoją ciężką pracę nie dostaniemy pieniędzy. Aż się studiować odechciewa.

* * * * * *

Zadzwoniłam do Rzecznika Praw Dziecka. Są przepisy zabraniające delegowania do pracy poza miejscem zamieszkania rodziców małych dzieci, ale.... tylko tych, którzy są na etacie. Na śmieciówce i już nie, i studentka też nie. Dziecko osoby studiującej najwyraźniej w ogóle nie jest człowiekiem, i nie ma żadnych praw ani potrzeb.

* * * 

Mimo próśb nie pozwolono mi wybrać sobie innych, niewymagających płacenia praktyk. Profesor od malarstwa ściennego powiedział, że studia nie są od tego, żeby rodzić dzieci, a dziekan nie wiedział, co odpowiedzieć na moje pytania ("Co by pan zrobił, gdyby w tej sytuacji była pana córka?"), wyprowadził mnie za łokieć z gabinetu.

Mogłabym przecież uniknąć tego załatwiając sobie praktyki w swoim mieście, ale prowadzący nie pozwalają mi, zapowiedzieli, że wtedy nie otrzymam zaliczenia. Potrzebują darmowej siły roboczej. Nie pozwolili odbyć praktyk gdzieś indziej i koniec. 

Opowiedziałam o sytuacji ulubionej profesorce z innej katedry. Szepnęła mi "proszę nie robić już o to hałasu, bo w końcu zyska sobie pani etykietkę trouble maker". Myślała, że robi mi przysługę. Nawet z tej strony nie otrzymałam wsparcia. Usiadłam na korytarzu i czułam, że drżą mi łydki, łokcie i brzuch. Dygotałam tak i zastanawiałam się, czy to świat oszalał, czy ja.

 

 * * * * * * * * * * *

 

Teraz piszę już będąc na praktykach. Czuję się jak śmieć. Konserwujemy mało wartościowe malowidła ścienne w kościele na wsi. Nikt z nas nie rozwija się tu jako konserwator. To obóz pracy. Pracujemy tu od posiłku do posiłku, również po kolacji: razem 10 godzin dziennie. Ktoś na tym zarobi.

Ja jako matka karmiąca piersią musiałam przyjechać tu z dzieckiem i opiekunką oraz wynająć pokój z pobliskim zajeździe. Płacę opiekunce i płacę za pokój. Płacę za wyżywienie. Pieniądze, które musiałam wydać na to, żeby uczestniczyć w tym obozie pracy to dla mnie ogromna kwota. Zastanawiam się, dlaczego nie mogę mieszkać w parafii. Gdzie miłosierdzie i gdzie Dobry Samarytanin?

Atmosfera jest ciężka. Kierujący pracami unika mojego wzroku i ignoruje mnie. Przydzielając pracę pomija mnie, jak bym była powietrzem. Kiedy podchodzę, żeby zapytać, odwraca się plecami.
Asystentka ma 37 lat, panna, bezdzietna. Ta pani ma inną strategię: tępi mnie. Najwyraźniej jest klasyczną kariatydą patriarchatu. Kiedy raz wyszłam z miejsca pracy, tj. z kościoła na parę godzin, żeby nie wdychać toluenu (karmię piersią), to od razu zaczęło się sprawdzanie listy i wpisywanie minusów przy moim nazwisku. Po całym dniu spędzonym osobno chciałabym wykąpać oraz uśpić swoje stęsknione niemowlę.
Swoją drogą żaden konserwator nie powinien pracować dłużej niż 6 godzin dziennie, ale... któż by się przejmował prawami pracowniczymi młodej kobiety z małym dzieckiem. W końcu mamy wytęskniony dziki kapitalizm i przewspaniały dziki liberalizm i będziemy go bronić zamiast bronić wolności i praw człowieka.

 

* * * * * * * * *

 

Jest mi ciężko. Studenci są nastawiani przez wykładowców przeciwko mnie. Presja na mnie przybiera na sile. Czuję się bardzo samotna. Koleżanki naskakują na mnie, te młode kariatydy patriarchatu są mniej więcej o 6-7 lat młodsze ode mnie, nie mają pojęcia, jak to jest mieć dziecko, natomiast mają werwę. Ukrywam łzy na rusztowaniu. Mam poczucie winy wobec swojego dziecka, które całymi dniami jest z opiekunką. 
Czy warto?


Wspomniana asystentka miała mi ostatnio do powiedzenia, ze nie powinnam jeść kanapek na rusztowaniu w kościele, bo obrażam jej tak zwane uczucia religijne. To ciekawe, ale ksiądz sam nam przynosi ciastka na rusztowanie. Kariatyda powiedziała także, żebym nie narzekała, bo tak nam zorganizowali te praktyki, że mamy tu "praktycznie wakacje". Nie wiem, co miała na myśli, ale chyba to, że tu nie zarabiamy. 

 

* * * * * * * 

 

Jestem wściekła. Podobno to, co się dzieje to zemsta. Kończę bowiem studia, które założył mój znakomity pradziadek. Podobno miał konflikt z innym profesorem i był górą. Ten drugi profesor był akurat promotorem aktualnego kierownika katedry konserwacji malarstwa ściennego, który organizuje moje praktyki, i przekazał mu nienawiść do mojej rodziny.
Kiedy się urodziłam, mój pradziadek już nie żył. Nie mam pojęcia, na czym polegał ten abstrakcyjny z mojego punktu widzenia konflikt. Zemsta ze strony Katedry Konserwacji Malarstwa Ściennego jest jednak bardzo realna. 

Najbardziej niebezpieczni są mali ludzie na zbyt wysokich stanowiskach.  


* * * * * * * * *


Jestem wściekła!!!
Ile przepisów złamanych, gdyby wpadł tu Sanepid! Albo Inspekcja Pracy. Studenci pracują po 10 godzin dziennie. Rusztowanie jest nieprofesjonalne, nie sądzę, żeby trzymało jakiekolwiek normy. Wejście na rusztowanie po schodkach ambony i potem rozchybotane krzesełko, hop! trzeba dać dużego susa jednocześnie zawisnąć na chwilę rękami na barierce, i już się jest na górze. O ile ewolucja z krzesełkiem się udała. Nadal boli mnie blizna po cesarce.
W powietrzu unosi się denaturat, aceton, czasem toluen, a my nie mamy żadnych masek na chemikalia. Wietrzyć kościoła też się nie pozwala, bo wtedy wilgoć kondensuje na malowidłach (chodzi o punkt rosy. Widocznie jest on ważniejszy od naszego zdrowia).
Nie ma apteczki. Gdyby nie moje prywatne plastry, to nie byłoby tu czym skaleczonego palca zakleić - skaleczenia przy konserwacji zdarzają się często, bo cały czas używamy igieł, noży szewskich i skalpeli.

* * * 


Pilnują mnie, żebym nie robiła zdjęć.
Jak bardzo żałuję, że nie mogę zgłosić tego żałosnego cyrku - wybieram ukończenie studiów, a taki jest szantaż. Zgłoszę - wyrzucą mnie. Zgłosić bez podawania nazwiska się nie da. 

To pokazuje, jaką fikcją są prawa człowieka, prawa dziecka i prawa pracownicze w Polsce.
A także modna ostatnio "polityka prorodzinna" PiSu. To jest nieprawdokurwapodobne.

 

*************

DOPISEK z 2011 roku

Ukończyłam studia, zrobiłam ciekawą pracę dyplomową, miałam wspaniałą promotorkę. Przetrwałam tę przemoc i dopięłam swego. W dziekanacie nadal wisi portret mojego pradziadka, za którego wielkość wycierpiałam. Czy było warto? Zobaczymy. Nie mogę odpocząć, nie mam czasu na podsumowania. Życie stawia kolejne wyzwania.

* * * * * * * *

DOPISEK z 2021 roku

Nadal nie wiem, czy było warto. Konserwacja była mi potrzebna jako oparcie w bardzo trudnych czasach, które potem nastąpiły. Więc było warto. Pozostał we mnie jednak uraz do tych ludzi, którzy nadal są na wysokich stanowiskach. Moja najlepsza przyjaciółka ze studiów pracuje z nimi, więc jej nie opowiedziałam nigdy w całości tego wszystkiego, nie chcę niesnasek. Źle się czuję w środowisku i dlatego nie chcę już pracować w tym zawodzie.

Przeczytałam dziś ten wpis po 12 latach i mam wrażenie, że był mi wtedy potrzebny jako swoiste #meetoo, możliwość opowiedzenia o swoim przeżyciu jest potrzebna do tego, żeby sobie poradzić z traumą.
Tak, obecnie nie mam wątpliwości, że to była przemoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz